Sie 2014 21

Tekst zawiera w sobie minirecenzję filmu „Wróg”.

enemy-2014-poster-artwork-jake-gyllenhaal-melanie-laurent-sarah-gadons

Pamiętam jak się zajarałem, żeby pójść do sali VIP w Cinema City. Znajduje się taka jedynie w Bonarce, takim krakowskim centrum handlowym. Jedzenie i picie za darmo na szwedzkim stole w poczekalni, mała sala i wygodne fotele. I bilet za ten luksus w środę to tylko 39 złotych!

Poszliśmy wczesną wiosną na „Muppets: Most Wanted”. Jedzenie okazało się być serwowane wyłącznie na zimno – gotowane warzywa, krążki cebulowe i makaron w śmietanie z groszkiem. Biedne to było tak, że nie chciało się jeść do syta. Napoje serwowali na barze – standardowe cole i herbaty, poza tym tanie piwo. Najwyraźniej można też było dostać trochę wina. Spasowałem, ale to brzmi akurat na fajną rzecz do picia podczas kinowego seansu. Film okazał się przeciętny, ale nie da się ukryć, że fotele mieli na piątkę z plusem – wysuwane podnóżki, sterowane oparcia.

Mieliśmy szczęście być sami na sali. Szczęście, bo wygląda na to, że Strefa VIP przyciąga grupy dzieciarni na urodziny oraz Sebów, którzy przed seansem wychlali po kilka darmowych piw. Gdybyśmy poszli na ten sam film, to mogłoby być nieprzyjemnie.

Po seansie pomyślałem sobie, że super by było kino właśnie z małą liczbą miejsc i wygodnymi fotelami, ale bez tego darmowego chlania i dopłacania za niesmaczne posiłki. To było sporo czasu temu, więc zdążyłem już się pogodzić z tym, że jedyną opcją jest kupienie sobie projektora w domu albo coś.

W te wakacje postanowiłem zacząć częściej chodzić do kina, spisałem sobie nawet listę filmów, które chcę w każdym tygodniu obejrzeć. Na liście produkcji znalazł się między innymi „Wróg” z Jake’iem Gyllenhaalem. Sprawdzam godziny. Nie grają go w pobliskim multipleksie. Szukam innego kina. Jakaś Agrafka, jakieś Mikro… czemu nie? Kiedyś byłem z babcią w małym kinie w Warszawie i był spoko klimat, choć trochę śmierdziało zakurzoną wykładziną.

Padło na kino Mikro, bo znajdowało się niedaleko piwnego sklepu, w którym akurat tego dnia pracował kolega Krystian. Kompletnie niepozorny budynek, schodki na górę. Korytarzyk z wykładziną, a na jego początku koleś przy biurku, który sprzedaje bilety, colę, wodę i herbatę. Popcornu i nachos nie ma. Jak dla mnie świetna wiadomość – prosięta nie będą chrupać, syfić i śmierdzieć. Naprzeciw biurka wejście do jednej z sal, a w połowie korytarza drzwi prowadzące do drugiej. Ciut głębiej malutka poczekalnia.

Zajrzałem do otwartej sali, tej większej. Kameralny standard. Zwykłe miejsca kinowe. Ekran był schowany za kulisami, ale duży by się nie zmieścił na ścianie, więc chyba nie jest to miejsce, w którym chce się siadać w ostatnich rzędach.

Kupiłem bilet za dziesięć złotych, bo jest jakimś standardem w małych kinach, że tyle kosztują bilety w poniedziałki. Okazało się, że „Enemy” ma być grany w tej drugiej sali (nazywanej „Mikroffalą”). Nie miałem szansy do niej zajrzeć, bo nadal trwał tam inny seans. Właściwie to mój powinien już się był zacząć, ale było jakieś opóźnienie. Poza mną na seans czekała jakaś starsza para i dwie młode, bardzo schludnie ubrane osoby. Aż się trochę się czułem nie na miejscu w swojej koszulce i znoszonych dżinsach.

W końcu drzwi się otworzyły i moim oczom ukazał się taki widok. Film zaczął się od razu, ledwo usiedliśmy. Wszyscy zachowywali się cicho i czułem się jak jakiś bogacz w swoim prywatnym pokoju projekcyjnym. Nigdy w życiu nie przeżyłem milej czasu w kinie. Co prawda raz usłyszałem dzwonek telefonu z biurka w korytarzu i dwa razy ktoś gdzieś w budynku trzasnął drzwiami, aż obraz się zatrząsł, ale klimat był tak przyjemny, a fotel tak wygodny, że po prostu nie było porównania z niczym wcześniej.

Siedziałem z małą grupką ludzi w tej 12-osobowej sali. Wszyscy przyszliśmy tutaj zobaczyć film. Nie wybuchy w 3D czy nawalające się roboty, a historię. I tak się akurat fajnie złożyło, że dostaliśmy bardzo dobrą. „Wróg” to nie tylko fantastyczny aktorski popis Gyllenhaala, którego prezencję zawsze nawet lubiłem, a teraz przekonałem się, że jest naprawdę fantastycznym aktorem. To także naprawdę gęsty klimat niepewności. Fani Lyncha na pewno zauważą sporo podobieństw między obrazami, choć do mnie „Wróg” przemówił bardziej niż na przykład „Mulholland Drive” – mimo, że zadaje mnóstwo pytań i rzadko udziela jednoznacznej odpowiedzi, przez większość filmu dużo łatwiej jest śledzić i rozumieć sekwencje wydarzeń.

Możliwe, że czas bym spędził gorzej, gdyby „Wróg” był bardziej przeciętny. Ale połączenie tej małej, intymnej salki z filmem, który wydaje się być jak ze snu bardzo się na mnie odbiło. I na innych chyba też – nikt nie wyszedł z sali od razu po pojawieniu się napisów końcowych.

12 komentarzy

  1. Janek napisał(a):

    Na Mappety do sali VIP i pozniej marudzic. Pszczolki Mai nie gralI?

  2. ReflexivoArco napisał(a):

    Gałczyński Konstanty Ildefons

    Małe kina

    Najlepsze to małe kina
    w rozterce i w udręce,
    z krzesłami wyściełanymi
    pluszem czerwonym jak serce.

    Na dworze jeszcze widno,
    a już się lampa kołysze
    i cienie meandrem biegną
    nad zwiastującym afiszem.

    Chłopcy się drą wniebogłosy
    w promieniach sztucznego świata,
    sprzedają papierosy,
    irysy i sznurowadła.

    O, już się wieczór zaczyna!
    Księżyc wyciąga ręce.
    Najlepsze te małe kina
    w rozterce i w udręce.

    Kasjerka ma loki spadziste,
    króluje w budce złocistej,
    więc bierzesz bilet i wchodzisz
    w ciemność, gdzie śpiewa film:

    szeleszczą gaje kinowe,
    nareszcie inne, palmowe,
    a po chodniku bezkresnym
    snuje się srebrny dym.

    Jakże tu miło się wtulić,
    deszcz, zawieruchę przeczekać
    i nic, i nic nie mówić,
    i trwać, i nie uciekać.

    Srebrzysta struga płynie
    przez umęczone serce
    Drzemiesz w tym małym kinie
    jak list miłosny w kopercie:

    „Ty moje śliczne śliczności!
    Znów się do łóżka sam kładę.
    Na jakimż spotkam cię moście?
    Twój
    Pluszowy niedźwiadek”.

    Wychodzisz zatumaniony,
    zasnuty, zakiniony,
    przez wietrzna peryferie
    wędrujesz i myślisz, że

    najlepsze te małe kina,
    gdzie wszystko się zapomina;
    że to gospoda ubogich,
    którym dzień spłynął źle.

  3. Oskar napisał(a):

    Zachęciłeś mnie do porównania obu typów o których piszesz. Co jest warte polecenia we Wrocławiu, wie ktoś?

    • Nefrat napisał(a):

      We Wrocławiu najbliżej do małego kina jest już tylko DCFowi, czyli dawnemu kinu „Warszawa”, przy skrzyżowaniu Piłsudskiego i Świdnickiej. Tam mają dokładnie taką małą salkę, jak ta opisana powyżej, zupełnie jak na zdjęciu.
      Wszystkie stare kina zostały już jednak pozamykane, choć jeszcze kilka lat temu działały m.in. „Lalka” na Prusa, „Lwów” na Hallera czy Dworcowe – na dworcu.

      • Nefrat napisał(a):

        Aha, muszę zaznaczyć, w DCFie są cztery sale, w tej maleńkiej puszczają najczęściej filmy wychodzące już z repertuaru.

  4. kminek napisał(a):

    nie mogę się zdecydować co do mojej oceny „Wroga”. Wiem tylko, że aktorstwo w tym filmie stało na najniższym poziomie, podołała tylko Melanie Laurent. Gyllenhaal był bardzo zły.
    Obraz warto zobaczyć ze względu na kapitalne zdjęcia i niesamowitą muzykę, która budowała rewelacyjne napięcie.

  5. Paweł napisał(a):

    No to odkrycie rzeczywiście :D Odkąd mieszkam w Krakowie to byłem raptem raz w multikinie. Poza tym to właśnie kino Kika albo Agrafka (i jakieś inne studyjne zahaczyłem również, ale nazwy sobie nie przypomnę). Nie dość, że bilety sporo tańsze (zwłaszcza polecam agrafkę, jak przyjdziecie na seans ze swoją połówką spięci agrafką, to dostaniecie zniżkę) to i film można obejrzeć. Niemalże od razu. Podczas tej jednej wizyty w multikinie strasznie się zraziłem do odwiedzania tego typu miejsc pół godzinnym spamem przed filmem. Nie pamiętam jak to do końca wygląda w kinie Kijów – tam również zapodają 30-40 minut reklam przed filmem czy można spokojnie tam się wybierać na seanse?

    • Dem napisał(a):

      W kinach studyjnych wielu filmów zwyczajnie nie grają. W tym tygodniu idę na Blue Ruin i Dawcę Pamięci, ale tego drugiego zwyczajnie nie grają nigdzie poza Multikinem i Cinema City.

  6. jacek napisał(a):

    poznawanie jest najprzyjemniejszym doznaniem w życiu człowieka

  7. CrexCrex napisał(a):

    Gdybyś ewentualnie był na ‚Bardzo poszukiwanym człowieku’, strzelaj notatką !

  8. NicNieWolno napisał(a):

    Tak! Tak! W Poznaniu też były (są?) takie kluby kinomaniaków i oni się spotykali w małych grupach i w małych salkach i oglądali filmy, i ja raz tam byłem i Almodowowara widziałem (tzn. jego film)!

Napisz komentarz