Lip 2014 27

Jon Favreau to jeden z tych gości z Hollywood, których nazwisk nigdy w życiu nie zapamiętam, mimo że miał już w życiu parę ról aktorskich i reżyserskich eskapad. Jak w końcu nauczę się, jak się to nazwisko wymawia, to zapomnę, jak się je pisze.

W filmie „Chef”, jego pierwszym, w którym połączył swoje oba zawody by stworzyć film w pewnym stopniu prywatny, zapamiętam go jako tego grubszego Louisa C.K. Przez cały film przypominał mi głównego bohatera serialu „Louie” nie tylko wyglądem, ale też sposobem wypowiadania się, zwłaszcza w stosunku do swojego dziecka. Z drugiej strony jego zdolności obserwacji nie generują tyle ubawu, co niektóre scenki z wyżej wymienionego serialu.

jon-favreau

„Szef” opowiada o drodze głównego bohatera, który zaczyna w filmie siedząc na przysłowiowym wysokim koniu – jest podziwianym kucharzem w luksusowej restauracji. Pewne wydarzenia w których centrum znajduje się internetowy krytyk kulinarny, sprawiają jednak, że kucharz ze swojego konika spada. Szkoda, że przy okazji w tym samym momencie spada też z niego film.

Właściwie to relacje ojca z synem są tu trzonem historii, a kucharzenie to tylko wierzchni temat filmu. Nie został jednak przez to potraktowany po macoszemu – sceny gotowania są świetnie wyedytowane i dynamiczne, ładnie przecinają pozostałe sceny, a z każdej z nich bije miłość do tej sztuki. No i to zawsze dobrze, kiedy film wykorzystuje swój temat do opowiedzenia uniwersalnej historii.

Tweety wyświetlają się na ekranie jak w poprzednim recenzowanym przeze mnie filmie - "Franku".

Rozmowy, które toczą się między Carlem a jego synem Percym są tu głównym daniem z tego powodu, że w scenach z Favreau (przepisałem nazwisko z góry tekstu, bo już zapomniałem) i Emjayem Anthonym (nazwisko wzięte z Wikipedii) czuć autentyczną chemię, a ich dialogi są naprawdę dobrze napisane, zwłaszcza w pierwszych scenach. Właśnie te sceny mi najbardziej przypominały „Louiego” – przez podobieństwo, z jakim te dyskusje są prowadzone.

Poza tym pierwszy akt rzuca na stół parę innych ciekawych pytań – podnosi temat wpływowej krytyki i wewnętrznej kłótni bohatera między chęcią dogadzania ludziom, a jego wewnętrznym, kulinarnym artystą. Scenariusz przy tym jest podparty lekkim humorem związanym z nieobeznaniem Carla w internetowym świecie. Zaczyna się naprawdę świetnie!

Problem zaczyna się w momencie, w którym rozwiązuje się pierwszy akt filmu – nagle akcja staje w miejscu i zaczynają się rozmowy, w których kwestie, które już znamy, są powtarzane. Gdzieś rozbija się o ścianę ciekawy temat krytyki. Wszyscy siedzą i zastanawiają się co dalej, przy okazji nie dokładając niczego więcej na stół. W tym akcie pojawia się też słynny Avenger Robert Downey Jr, który może i jest kompletnie zbędnym wątkiem, ale z drugiej strony jego scena to czysty miód. To była pierwsza nuta nagłej zmiany – w drodze do swojego ostatniego aktu „Szef” powoli przekształca w coś o mniejszym dramatycznym wydźwięku.  Coś zupełnie rodzinnie lekkiego, porzucającego wcześniejsze idee.

Feelgoodowy Roadtrip – tak można podsumować ostatni akt. Śmieszne scenki, które potrafią się ciągnąć ciut zbyt długo, dużo miłości i i roześmiane dziecko. Film gubi gdzieś swojego pazura, porzuca swoje ciekawe kwestie i woli zamiast tego prowadzić historię tak, by dotarła do skrajnie pozytywnego zakończenia.

kq_Chef_videothumb-620x349

„Szef” to niezły film, niosący za sobą znane nam już, ale zawsze aktualne lekcje życia i przeważnie zapełniony nienachalnym humorem. Wielu osobom może się podobać bardziej niż mi, bo ja chciałbym się jednak, żeby był czymś więcej – zwłaszcza, że wydaje nam się to obiecywać w swoich pierwszych dwudziestu czy trzydziestu minutach. Jak zaczynasz film z wysokiego konia to na nim skończ, panie Favreoueaoerueoaue.

PS Podobno dania w filmie zostały przyrządzone autentycznie – to nie są jakieś plastikowe bzdury – i ekipa filmowa zjadła wszystkie dania przyrządzone w filmie, żeby się nic nie zmarnowało. Za takie bonusy to ja bym mógł tam chyba za darmo robić.

4 komentarze

  1. faun napisał(a):

    Podobieństwa do Louiego się zgadzają. Ten aktor nie jest czasem jakimś kasiastym producentem co maczał palce także we Friendsach?

  2. Liko napisał(a):

    Demie – ja polecam „Czekoladę” z Johnym Deepem.
    Czy na B6 będziesz na 100%? O której masz spotkanie autorskie, a od której stolik?

    Pozdro!

  3. Jakub Hendzel napisał(a):

    Ciekawa recenzja! Oby takich więcej :)

Napisz komentarz